sobota, 31 marca 2018

"Dobry Reportaż" i co dalej...

Był słoneczny październik 2014 roku. Wtedy postanowiłem się wybrać do dawnych Skawiec, żeby zrobić zdjęcia opuszczonej wsi, zanim zostanie zalana. Niestety, mój stary aparat z 2007 roku odmówił mi posłuszeństwa i nie chciał wykonywać zdjęć. Tylko mógł co najwyżej nagrywać... Tak niepozornie zaczyna się historia "Dobrego Reportażu". Jak to dalej się potoczyło, skąd ta nazwa oraz co będzie dalej, przeczytacie poniżej...

Powracając do zepsutego aparatu: Postanowiłem ponagrywać po kilkusekundowe filmiki na aparacie, który ponownie odmówił mi posłuszeństwa wiosną 2015 roku, kiedy powróciłem na zalany obecnie teren. Mając te ponad trzy minuty nagrań z aparatu, zmontowałem je początkiem sierpnia. Co ciekawe, wtedy powstała też pierwsza czołówka oraz nazwa "Dobry Reportaż". Do dzisiaj nie potrafię wyjaśnić, skąd się to wzięło, ale tak to już zostało. Połowa sierpnia to okres spędzony u kuzyna, który tak naprawdę namówił mnie do założenia kanału i do publikacji tego nagrania, dzięki czemu zapewne nie byłoby tego wszystkiego. Stary aparat, służył mi jeszcze przez sześć kolejnych odcinków. Dopiero w listopadzie 2015 roku udało mi się zakupić nowoczesny aparat, którym nagrywałem już kolejne odcinki. Do końca tego roku powstały dwa odcinki na nowym sprzęcie.

Rok 2016 przynosi założenie Fanpage-u (luty) oraz Bloga (marzec), który dodatkowo nakręcił tą markę. Pamiętam, że pierwsze trzy artykuły, które opublikowałem na blogu dotyczyły nielubianych przeze mnie busów, z których musiałem i nadal muszę niestety często korzystać. Było to pokłosie mojej podróży za linią Chabówka - Nowy Sącz. Zresztą był to odcinek, który jeszcze zacząłem nagrywać w nocy. Najciekawsze było to, że dotarłem tylko do Tymbarku. Miałem dotrzeć do Limanowej, ale niestety: bałem się, że nie zdążę na pociąg z Rabki, który odjeżdżał o wpół do czwartej popołudniu. Na szczęście udało mi się zdążyć. Generalnie rok zakończyłem 20 odcinkami na koncie. 

Rok 2017 przynosi współpracę z dwoma czołowymi portalami z powiatu żywieckiego: Wgmedia.eu oraz Zywiecinfo.pl. Na tych portalach co jakiś czas ukazują się artykuły mojego autorstwa. Powracając do Dobrego Reportażu: Udało mi się nagrać zaledwie pięć odcinków, trzy o liniach kolejowych, jeden o tramwajach a jeden o jeziorze. Jednocześnie zacząłem odchodzić od formy wideo, skupiając się na artykułach, które ukazywały się na trzech różnych portalach. Uznałem, że to jest lepsza i ciekawsza forma pokazywania naszego regionu.

Pomimo wstawania o czwartej rano, plątania się od busa do busa, denerwowania się, czy bateria w aparacie wytrzyma i czy nie padnie gdzieś w połowie nagrań uważam, że warto było kontynuować to. Podsumowując: Dla jednych to niewiele znaczący artykuł czy kilkuminutowy film, dla mnie to wszystko ma ogromną wartość. 

W ostatnim czasie zadałem sobie pytanie: Co dalej? Przez 2,5 roku obecności dorobiłem się sporej grupki osób, na różnych portalach społecznościowych, lecz uznałem, że najwyższy czas na zmianę.

Dlatego zmieniamy nazwę na "Echo Beskidów", ponieważ chcemy być bliżej was, a jednocześnie bliżej regionu, w którym mieszkamy, pracujemy i odpoczywamy. Chcemy wam dalej przedstawiać nasz region z innej perspektywy, z której jeszcze nie znaliście. Dlatego uznałem, że zmiana nazwy będzie najlepszym rozwiązaniem i pomoże jeszcze bardziej rozwinąć ten projekt. 

Oprócz zmiany nazwy na Facebooku zmieni się nazwa na Instagramie. Nazwa kanału na YouTube nie ulegnie zmianie, ponieważ ten projekt będzie kontynuowany niezależnie oraz będzie miał zasięg bardziej ogólnopolski. 

O dalszych zmianach oraz nowościach będę was informować na bieżąco...

niedziela, 11 marca 2018

Do Hiszpanii przez Beskidy, czyli komuniści w Zwardoniu

Zwardoń w okresie międzywojennym był popularnym kurortem wśród turystów. Miejscowość znajdowała się tuż przy granicy Polsko-Czechosłowackiej, co wykorzystali ludzie związani z ówczesną Komunistyczną Partią Polski. Dlaczego ta mała miejscowość znalazła się w centrum ich uwagi? Zapraszam was do przedwojennego Zwardonia...

W lipcu 1936 roku w Hiszpanii wybucha Wojna Domowa. Na jesień tego samego roku do Zwardonia przyjeżdża Leon Chajn, który zamieszkał w wynajętych pokojach budynku Korpusu Ochrony Pogranicza. Sam Leon był instruktorem Polskiego Związku Narciarskiego oraz Przewodnikiem Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego, co później świetnie wykorzystywał (Legitymacja PTT umożliwiała mu swobodne przekroczenie granicy Czechosłowackiej, dzięki jednorocznej wizie). Od 1932 roku Leon Chajn był także członkiem Komunistycznej Partii Polskiej. I związku z działalnością komunistyczną przyjechał do tej miejscowości wprost z Warszawy. Leon miał w Zwardoniu organizować przerzuty ochotników przez granicę Czechosłowacką, skąd przyszli ochotnicy mieli się dostać przez Czeski Cieszyn i Pragę do Hiszpanii i stanąć po stronie armii Republiki Hiszpańskiej.

Dlaczego komuniści wybrali Zwardoń? Powód był oczywisty: Łatwość przerzutów ludzi. W dwudziestoleciu międzywojennym do Zwardonia ściągały tłumy turystów, dzięki czemu potencjalni przemytnicy mogli się zgubić w tym tłumie. Dodatkowym atutem był przebieg granicy, która biegła niskimi partiami gór. Zameldowanie się w budynku KOP też nie było przypadkowe. Leon podpatrywał pracę pograniczników, co miało mu pomóc w uniknięciu spotkania z nimi. W listopadzie Leon poinformował warszawskich komunistów, iż można rozpoczynać operację przerzutów. Jednocześnie dał także sugestię, żeby ochotnicy przyjeżdzający do Zwardonia wyglądali na sportowców, co miało nie wzbudzać podejrzeń wśród pograniczników. Poza tym wśród przyszłych żołnierzy Hiszpańskich zabronione było noszenie długiego płaszcza z kapeluszem, a wówczas taki ubiór był modny.

Jeszcze w tym samym miesiącu na stację do Zwardonia przyjechali pierwsi ochotnicy. Przyszli żołnierze byli werbowani przez instruktorów narciarstwa, w tym Leona Chajna. Po zwerbowaniu, Leon rozpoczynał z nimi trening. Większość ludzi nigdy nie miała na nogach nart, więc pierwsze chwile z dwoma deskami na nogach były dla nich bolesne. Ochotnicy spędzali noc w schronisku na zboczach Skalanki. Kolejny trening rozpoczynał się o ósmej rano. Wtedy narciarze wychodzili na trening przez górę Skalankę. Koło godziny dziewiątej zmęczeni uczestnicy udawali się na herbatę do schroniska Utulnia, które znajdowało się już na terenie Czechosłowacji. W ten sposób przyszli ochotnicy nieświadomie przekroczyli granicę. Pora, o której zaczynał się trening nie była przypadkowa. Była zsynchronizowana z patrolami KOP. Po herbatce z rumem, Leon wraz z ochotnikami udawał się na stację Skalité, skąd jechał z nimi do Czeskiego Cieszyna. Tam grupę ochotników przejmowali Czechosłowaccy komuniści, którzy z nimi kontynuowali jazdę.

Większość z was zadaje sobie teraz pytanie: Dlaczego organizowano przerzuty, jak można było przekroczyć granicę? Ponieważ służenie obcej armii było i jest zabronione. Dzięki sprytowi Leona, przez trzy miesiące pogranicznicy nic nie zauważyli niepokojącego, zwłaszcza, że mieli ważniejsze sprawy, a mianowicie byli bardziej skupieni na ewentualnym szmuglowaniu towarów przez granicę.

Cała genialna strategia Leona sypnęła się w lutym 1937 roku. Wtedy na stację do Zwardonia przyjechali dwaj dawni koledzy Leona ze studiów, którzy ubiorem wyraźnie odróżniali się od tłumu (płaszcz i kapelusz). Przy okazji również chcieli się dostać do Hiszpanii, lecz przed Leonem udawali, że przyjechali do Zwardonia wypoczywać (nie mieli do niego zaufania). Dość szybko zostali przyłapani na próbie nielegalnego przekroczenia granicy i wtrąceni do aresztu KOP-u, który znajdował się w piwnicy budynku. Wtedy Leon chciał ich wesprzeć. W tym celu nadał do nich na poczcie w Zwardoniu paczkę z żywnością, bez adresu nadawcy. W ten sposób komendant KOP-u, zorientował się, że w Zwardoniu działają przemytnicy, którzy przerzucają ludzi przez granice. Wkrótce po jego interwencji, w Zwardoniu zaroiło się od agentów policyjnych. W tej sytuacji Leon musiał uciekać ze Zwardonia, żeby nie zostać złapanym i wtrąconym do więzienia.

Tak zakończyły przez przerzuty ludzi przez Zwardoń. Lecz komuniści nie zrezygnowali ze szmuglowania ludzi przez granicę. Leon powrócił w Beskidy już na wiosnę tego samego roku, organizując przerzuty przez Stożek w Wiśle Głębcach. Działał w tych terenach do lipca tego samego roku. Później Leon przerzucał ludzi bezpośrednio po przyjeździe z Warszawy.

Nasz bohater szczęśliwie przetrwał II Wojnę Światową. Później związał się ze Stronnictwem Demokratycznym oraz z Polską Zjednoczoną Partią Robotniczą, gdzie w powojennych latach zajmował wysokie stanowiska w Komitecie Centralnym PZPR. Od 1965 do 1976 roku był dyrektorem Archiwów Państwowych, po czym odszedł na emeryturę. Zmarł w marcu 1983 roku.

Zdjęcie: Parafia Zwardoń

piątek, 2 marca 2018

Krótka historia żywieckiego "Ponaru"

W dzisiejszym "Magazynie" opowiem wam krótką historię żywieckiej fabryki "Ponar". Zakład jest starszy, niż mogłoby się wydawać, bo historia zakładu zaczęła się już ponad sto lat temu...

Historia "Ponaru" rozpoczyna się już w 1902 roku. Z początku firma funkcjonowała jako warsztaty mechaniczne. Przez wiele lat zmieniała się nazwa firmy, jak i profil przedsiębiorstwa, który wykształcił się w latach 60-tych. Wtedy firma rozpoczęła produkcję maszyn o napędzie hydraulicznym. Z początku były to prasy, lecz od 1968 roku "Ponar" zaczyna produkować wtryskarki do tworzyw sztucznych, dzięki wykupionej licencji od firmy Eckert&Zingler. I to właśnie wtryskarki stały się symbolem tej firmy. Spowodowało to wybudowanie drugiego zakładu, na obrzeżach miasta. W złotych czasach tej firmy, 85% wyprodukowanych wtryskarek było eksportowanych do Związku Radzieckiego oraz krajów bloku komunistycznego. "Ponar" posiadał wtedy swój własny ośrodek badawczy. Produkował także wtryskarki już na licencji kilku innych firm. Dodajmy, że w drugiej połowie lat 80-tych zakład zatrudniał około 1400 osób.

Początek lat 90-tych, to czas kryzysu w firmie. Rozpad Związku Radzieckiego oraz zmniejszenie liczby zamówień na wtryskarki doprowadził w głównej mierze do popadnięcia zakładu w długi finansowe. W kwietniu 1991 roku przedsiębiorstwo staję się spółką akcyjną, a dwa lata później zostaje sprywatyzowane. Jednocześnie firma opuszcza halę przy ulicy Sienkiewicza, przenosząc się całkowicie do nowszego zakładu, na ulicy Stolarskiej. Stara hala zostaje wkrótce sprzedana miastu. W ramach restrukturyzacji, firma zwalnia połowę załogi. Dopiero po tym czasie następuję stabilizacja w firmie. "Ponar" wraz z akcjonariuszem zagranicznym "Ultra-Tech" w 1994 roku rozpoczyna produkcję wtryskarek nowej generacji, dzięki czemu wkrótce firma zyskuje zachodnioeuropejski rynek zbytu, choć dla firmy najważniejszy był rynek krajowy. 

Pomimo kryzysu z początku lat dziewięćdziesiątych, "Ponar" jest obecnie dobrze prosperującą firmą, nadal produkującą wtryskarki do tworzyw sztucznych.

ŹRÓDŁO: www.ponarzywiec.com.pl, informacje prasowe z pierwszej połowy lat 90-tych.

ZDJĘCIE: Google Street View



poniedziałek, 19 lutego 2018

Pierwsza żywiecka stacja radiowa - Radio VIS

W dzisiejszych czasach na medialnym rynku działa wiele stacji radiowych. Ale początkiem lat 90-tych tak kolorowo nie było. Wówczas działało tylko kilka prywatnych stacji radiowych, lecz kolejne powstawały jak grzyby po deszczu. Jedną z tych stacji radiowych było "Radio VIS",  nadające z Żywieckiego Sporysza.

Kiedy narodził się w Żywcu pomysł założenia stacji radiowej, w Bielsku-Białej nadawało już i jak na razie tylko Radio Delta. Same Radio VIS powstało z inicjatywy grupy zapaleńców, związanych ze Sporyskim Klubem Śrubka. Ci zapaleńcy w lipcu 1993 roku uruchomili nadajnik niewielkiej mocy oraz antenę nadawczą i rozpoczęli próbną emisję. Inicjatywa zyskała aprobatę wśród władz Żywca. Zarząd Miasta miał wkrótce złożyć koncesję pod nową stację. Redakcja nowego radia składała się z ludzi młodych. Najczęściej byli to uczniowie szkół średnich oraz ich absolwenci, lecz nie brakowało osób dorosłych. 

Radio VIS wystartowało jeszcze latem 1994 roku. Stacja nadawała trzy razy w tygodniu: w piątki od 18:00 do 22:00, w soboty od 18:00 do 24:00 oraz w niedziele od 18:00 do 21:30. Radio VIS było stacją o charakterze samorządowym. Ramówkę stacji wypełniały reportaże, transmisje na żywo, publicystyka a także muzyka. Stacja mocno zaangażowała się w II finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy (styczeń 1994). Radio VIS mocno współpracowało z ówczesnym samorządem Żywca. Dodam, że Radio VIS można było odbierać na terenie środkowej i północnej Żywiecczyzny, dzięki dwóm 10-Watowym nadajnikom. Gdzie nie gdzie zasięg Radia VIS docierał do wschodnich i zachodnich krańców regionu. 

Niestety, stację radiową nie było stać na koncesję, przez co stacja nadawała swój program nielegalnie. W połowie marca Państwowa Agencja Radiowa, w wyniku kontroli nakazała zaprzestać emisji sygnału Radia VIS do 2 kwietnia 1994 roku. Stacja zamilkła w eterze już 27 marca. Po zamknięciu stacji starano się ponownie uruchomić stację, lecz bez skutku. 

Kilkanaście lat później powrócono do pomysłu ponownego uruchomienia radia VIS. Radio VIS, już jako radio internetowe, wystartowało 1 września 2007 roku. Już rok później radio zaprzestało działalności.


Źródła: www.albumpolski.pl, Gazeta Żywiecka nr 2/1994, 5/1994


niedziela, 11 lutego 2018

Przyborów kontra Koszarawa, czyli konflikt z lat 90-tych

Przyborów jest obecnie sołectwem należącym do gminy Jeleśnia, choć tak zawsze nie było. Do końca 1999 roku Przyborów należał do gminy Koszarawy. Mieszkańcy Przyborowa nie przepadali za Koszarawą, przez co wybuchł konflikt, który ciągnął się przez prawie całe lata 90-te.

Niegdyś Przyborów był siedzibą gminy jednowioskowej. Z czasem gminy zostały zastąpione przez gromady. Przyborów oraz Koszarawa posiadały własne gromady, ale ten stan rzeczy nie trwał długo. W 1969 roku Przyborów przyłączono do gromady Koszarawa. Cztery lata później reaktywowano gminy, lecz Przyborów dalej był pod Koszarawą. Wówczas pomiędzy tymi miejscowościami nie było napięć, aż do lat 90-tych...

W nowej rzeczywistości mieszkańcom Przyborowa nie spodobał się sposób rządzenia przez Koszarawę. W miejscowej Radzie Gminy zdecydowana większość mandatów należała do radnych z Koszarawy. To sprawiało, że Koszarawscy radni w zasadzie sami rządzili, a radni z Przyborowa mieli niewiele do powiedzenia. Brak głosu coraz to częściej denerwował mieszkańców Przyborowa, którzy oskarżali władze Koszarawy o to, że gorzej traktują Przyborów. Jednym z punktów spornych było Przyborowskie przedszkole, które gmina wyremontowała w 1992 roku. Remont został wykonany niedbale, przez co mieszkańcy dali wyraz, odcinając wodociąg do budynku. Innym powodem sporu była kwestia złych dróg dojazdowych do przysiółków Przyborowa czy też kwestia nieopróżnionych kontenerów na śmieci.

W drugiej połowie lat 90-tych konflikt się zaostrzył. Nowi radni w Przyborowa (było ich pięciu) zaczęli się domagać oddzielenia się od Koszarawy. Postulowali powołanie własnej gminy. W grę wchodziło też przyłączenie do Jeleśni. (dodajmy, że przez wiele lat Przyborów był mocno związany z Jeleśnią). Radnych popierała zdecydowana większość mieszkańców Przyborowa, choć nie brakowało głosów za pozostaniem obecnego stanu. Argumentowali tym, że w ostatnim czasie wyremontowano kilkanaście dróg dojazdowych oraz wymieniono dach na Przyborowskiej szkole.

Wkrótce pojawiła się groźba likwidacji całej gminy Koszarawa i przyłączeniu tych dwóch wsi do Jeleśni. Konflikt został rozwiązany dopiero w 1999, kiedy to zdecydowano o przyłączeniu Przyborowa do Jeleśni.

Od stycznia 2000 roku Przyborów należy do Gminy Jeleśnia.

czwartek, 25 stycznia 2018

Kilka słów o busach cz.4 - Powracamy do tematu

"Bus wyjechał z przystanku, zatrzymał się na środku drogi, obok drugiego busa, który jeszcze stał na przystanku, po czym kierowca (młody) pokazał środkowy palec oraz gest Kozakiewicza drugiemu kierowcy. Po chwili z impetem odjechał mu sprzed nosa" - To nie opis z jakieś książki kryminalnej, ale najprawdziwsza sytuacja z którą się spotkałem osobiście tydzień temu w Suchej. Co ciekawe ten sam kierowca jechał, mając cały czas telefon w uchu. 

Po raz pierwszy artykuł na temat przewoźników busowych wypuściłem w kwietniu 2016 roku. Przez te półtora roku mogę otwarcie powiedzieć że niewiele się zmieniło, jeśli chodzi o tą kwestię. Mogę tylko tyle powiedzieć, że tabor u niektórych przewoźników trochę wymłodniał, ale to nadal kropla w morzu potrzeb. Nadal spora część taboru woła o pomstę o nieba. Podobnie jest z rozkładami jazdy, których często brakuję na przystankach. W tym miejscu należą się pochwały dla Żywca, Suchej Beskidzkiej i Makowa Podhalańskiego za plakatowe rozkłady jazdy oraz dla Wadowic za również uporządkowane rozkładu jazdy. 

A teraz coś o walce o pasażera. Nadal często spotykam się z wyścigiem dwóch przewoźników busowych. Nierzadko jestem świadkiem wyprzedzania jednego busa przez drugiego, zwłaszcza przed większymi przystankami, gdzie wsiada sporo pasażerów. Dlaczego tak jest? Po pierwsze: Niestety, nikt nie reguluję tego, dlatego czasem jeżdżą dwa autobusy w krótkim odstępie czasu, po czym trzeba czekać niejednokrotnie ponad godzinę na kolejny autobus. Po drugie: Zbyt chętne wydawanie pozwoleń przewoźnikom, przez głównie małopolski Urząd Marszałkowski. Doprowadziło to w wielu miejscach do likwidacji PKS-ów a także ograniczenia lub nawet likwidacji połączeń kolejowych...

To jak na razie wszystko z mojej strony, ale nie oznacza to, że zamykamy ten temat. Jeśli macie jakieś niezbyt miłe doświadczenia związane z busiarzami, to możecie się z nami podzielić na: dobryreportaz@gmail.com . Na wasze życzenie chętnie opublikujemy wasze historię na naszym Fanpage-u.

sobota, 4 listopada 2017

Żywiec Miasto oraz Czahówka, czyli niewybudowane przystanki kolejowe

Na łamach Dobrego Reportażu często poruszałem temat niewybudowanych linii kolejowych w Beskidach. Dzisiaj chciałbym poruszyć temat również kolejowy, ale tak bardziej poza niewybudowanymi liniami kolejowymi. Skupimy się na dwóch niewybudowanych przystankach kolejowych.

Żywiec Miasto

Chyba najbardziej znany niewybudowany przystanek kolejowy w naszym regionie. Plany jego powstania sięgają początku lat 90 tych. W 1994 roku mieszkańcy zwrócili się do ówczesnych władz Żywca, o wsparcie w sprawie wybudowania przystanku. Argumentami za wybudowaniem przystanku była bliskość do centrum miasta oraz łatwy dojazd do Amfiteatru pod Grojcem, gdzie odbywały się liczne imprezy kulturalne i rozrywkowe. Plany zakładały lokalizację przystanku niedaleko parkingu oraz kładki dla pieszych do amfiteatru. Przypomnijmy, kiedy powstał ten pomysł, dziennie linią kolejową z Żywca do Suchej Beskidzkiej przejeżdżało 12 par pociągów na dobę. W marcu 1995 roku Katowicki DOKP wydał decyzję o niewybudowaniu przystanku. Argumentował to tym, że proponowany przystanek miał znajdować się zbyt blisko stacji w Żywcu oraz w Sporyszu. Poza tym dochodził rachunek ekonomiczny oraz problemy finansowe PKP. W kolejnych latach jeszcze kilkukrotnie powracano do tego tematu, ale obecnie przy czterech pociągach na tydzień mało kto mówi o powstaniu tego przystanku. Ale temat jeszcze nie jest do końca zamknięty. Przystanek może powstać w ciągu kilku lat, kiedy to linia kolejowa ma być generalnie wyremontowana.

Pewel Mała Czahówka / Mutne

Pomysł na drugi przystanek w Pewli Małej powstał w 2004 roku. Wtedy to władze Świnnej wysłały do kolejarzy wniosek o wybudowanie drugiego przystanku kolejowego w Pewli Małej. Miał on znajdować się niedaleko ośrodka "Czahówka". Z czasem pojawił się pomysł zlokalizowania przystanku na granicy Pewli Małej i Mutnego, lecz kolejarze nie byli zainteresowani nowym przystankiem. Tutaj również wchodził argument ekonomiczny oraz odległość pomiędzy przystankiem w Pewli Małej oraz Jeleśni, która wynosi 4,8 km.

piątek, 27 października 2017

Nieistniejące wsie Żywiecczyzny

Historia Żywiecczyzny kryje wiele ciekawostek. Tą historię z najdalszych dziejów można poznać w Dziejopisie Żywieckim. Na początku księgi można znaleźć informacje na temat pochodzenia nazwy danej miejscowości. Można dowiedzieć się o pochodzeniu nazwy Jeleśnia, Koszorawa, czy Cięcina. Ale oprócz tych pospolitych nazw można znaleźć takie nazwy, których można ze świecą szukać na mapie. Dzisiaj przedstawię wam kilka wsi, która pojawiły się w Dziejopisie Żywieckim, a nie pojawiają się na współczesnych mapach i tu nie chodzi mi koniecznie o Zadziele czy też Stary Żywiec. Zapraszam... 

Jeżowice – „iż jeżów więcej nigdzie, jako tan najdowano” – Taki krótki opis można znaleźć na stronie 15 Dziejopisu. Wiemy o tej wsi tyle, że znajdowała się w „Państwie Ślemieńskim”. Na stronie 12-tej można dowiedzieć się że przez tą wieś przepływa potok, który w Lachowicach łączy się w drugim potokiem, dając Lachówkę. Wsi już nie znajdziemy na mapach austriackich z połowy XIX wieku. Nawet ciężko nam jest powiedzieć, gdzie dokładnie ona leżała. Prawdopodobnie pomiędzy dzisiejszym Kurowem a Pewelką w powiecie Suskim, gdzie znajduje się przysiółek „Jeżowski Dział”

Biadaszków – „że tam droga z lasu i do lasu zła była, na którą biadali. Gdzie tam ma bydź rzeka, a w niej kamień jakoby jaki most od granic pewlańskiej. W tej najpierw wsi niejaki Morawa, chłop który z Morawy przyszedł, obsadził się i kopiąc tameczne grunta, biadał na nie, iż ciężko mu ich było wyrabiać, i on to miejsce Biadaszkowym nazwał”. Obecnie Biadaszków jest przysiółkiem Pewli Małej.

Całujów – „wieś, iż cały las był z Milówki aż na samę Rajczą; także iż tam jest potok nazwany Całujów, który zebrawszy, kamienie z sobą garnie do Soły”. Wieś pojawia się pod różnymi nazwami: Całujów, Czałujów lub Czułajów. Obecnie dawna wieś jest przysiółkiem Rajczy. 

Radeczka – „dla rzeki tak nazwanej, która spod góry Racze albo Rajcze bieży i przez tę wieś płynie, nazwana jest” Obecnie Radeczka jest przysiółkiem Rycerki Górnej. Dawna wieś leżała nad rzeką Radecka.

piątek, 20 października 2017

Filmoteka Beskidzka cz. 3 - Filmowe Międzybrodzie Żywieckie

Rok temu na naszym blogu ukazał się dwuczęściowy cykl artykułów p.t. Filmoteka Beskidzka, w którym to pokazywałem archiwalne nagrania z naszego regionu. Postanowiłem kontynuować ten cykl, ale tym razem nie pokażę wam porcji archiwalnych nagrań. Ale za to opowiem wam o dwóch produkcjach filmowych, które były niegdyś kręcone w Międzybrodziu Żywieckim. 

PIERWSZY START - 1951 ROK

Reżyseria: Leonard Buczkowski

Film opowiada o Tomku, który ucieka z domu. Trafia na kurs szybowcowy mimo, że nie miał na niego skierowania. Nie przykładał się zbytnio do nauki, więc został odesłany do domu. Wkrótce ratuje szybowiec przed burzą, który rozbił się na polu. Za to zostaje ponownie przyjęty na kurs, gdzie testuje nowy model szybowca, który ulega rozbiciu dzięki działaniom inżyniera, który zostaje wkrótce zwolniony. Sam nowy model szybowca wygrywa na zawodach.

Ekipa filmowa przyjechała do Międzybrodzia Żywieckiego w 1950 roku, gdzie kręcono większość scen do filmu. Na filmie można zobaczyć ówczesną wyciągarkę do szybowców, która działała do lat 70-tych XX wieku. Oprócz tego widać dawny hangar, który niegdyś stał na górze oraz budynek stacji meteorologicznej. Nie zobaczycie natomiast zbiornika wodnego, ponieważ budowa zaczęła się ponad dwie dekady później. 

Cały film był utrzymany w charakterze socjalistycznym, co można było usłyszeć, zwłaszcza pod koniec filmu. Sama produkcja została doceniona "Za żywe i optymistyczne przedstawienie życia młodych budowniczych socjalizmu w Polsce Ludowej" na festiwalu filmowym w Karlowych Warach. Jako ciekawostkę dodam, że "Pierwszy Start" był filmowym debitem dla Teresy Lipowskiej oraz Stanisława Mikulskiego.

Jeśli chcecie zobaczyć zdjęcia z planu filmowego, zapraszam tutaj:

http://fototeka.fn.org.pl/strona/wyszukiwarka.html?key=Pierwszy%20start&search_type=tytul

Przeglądając zdjęcia powinniście zwrócić uwagę na kilka z nich, zwłaszcza na zdjęcie ciężarówki przemieszczającej się z młodzieżą po drodze, gdzie w tle widać rzekę i góry, oraz na zdjęcia przedstawiające spacerującego Tomka po szosie. Czy one nie były robione na dnie ówczesnego Jeziora Żywieckiego? Zostawiam to pytanie na razie bez odpowiedzi...


LATAJĄCE MACHINY KONTRA PAN SAMOCHODZIK - 1991 ROK


Reżyseria: Janusz Kidawa

Reżyser Kidawa jest już znany mieszkańcom naszych okolic m.in. z reżyserowania filmu: Sprawa się rypła. Dodajmy, że ostatnia część przygód o Panu Samochodziku była jednocześnie ostatnim filmem wyreżyserowanym właśnie przed Kidawę. 

Fabuła rozgrywa się w podgórskiej miejscowości. Pan Samochodzik wraz ze znajomą oraz jej synem Piotrusiem przebywają nad jeziorem. Chłopiec podsłuchuje rozmowę dwóch osób o planowanym morderstwie. Później okazało się, że to tylko plan scenariusza dla ekipy filmowej, która w okolicy kręci film. Tak nasi bohaterowie poznają Arizonę, znanego pisarza. Wkrótce znika aktorka Diana, przez co zdjęcia do filmu zostają przerwane. Rozpoczyna się śledztwo. Wkrótce Pan Samochodzik natrafia na cenne dzieła sztuki, gotowe do wywozu za granicę. Znajdują także Dianę. Rozpoczyna się pościg za przemytnikami, zakończony ich złapaniem, a produkcja filmowa zostaje wznowiona.

Ekipa filmowa przyjechała do Międzybrodzia Żywieckiego w sierpniu 1990 roku. Zdjęcia były kręcone nad brzegiem Jeziora Międzybrodzkiego, na górze Żar, na "łące" poniżej góry, oraz już poza Międzybrodziem na terenie Łódzkiego Ogrodu Zoologicznego. W filmie oprócz tego możecie zobaczyć drogę na górę Żar, która była "niezabudowana" a nawet magazyn, który niegdyś służył dla budowniczych zbiornika na górze Żar. Obecnie ten magazyn jest z stanie ruiny. Podobnie zmieniła się sama góra Żar. Kiedy kręcono tutaj film, na górze stała tylko stacja meteorologiczna. Obecnie szczyt jest mocna zagospodarowany. Na filmie nie zauważycie także kolejki na górę Żar, tylko zalesiony stok. Jako ciekawostkę mogę dodać, że na potrzeby filmu z góry Żar puszczano szybowce i to na "gumach" czego nie robiono od lat 70-tych. 

Z bardziej znanych aktorów tego filmu można wyróżnić m.in. Witolda Pyrkosza, Krystynę Feldman, Bronisława Cieślaka czy też Piotra Pręgowskiego. Ekipie filmowej pomagali lotniarze z Aeroklubu Bielskiego.

Jeśli chcecie zobaczyć zdjęcia z planu filmowego, odsyłam was tutaj:

http://fototeka.fn.org.pl/strona/wyszukiwarka.html?key=Lataj%C4%85ce%20machiny%20kontra%20Pan%20Samochodzik&search_type=tytul

Filmy są ogólnie dostępne w serwisie YouTube, zatem zachęcam do obejrzenia ich w długi, jesienny wieczór...

piątek, 13 października 2017

Niedoszłe gminy na Żywieccyźnie i nie tylko

Powiat Żywiecki składa się na dzień dzisiejszy z 14 gmin wiejskich i jednego gminy miejskiej Żywiec. Przez okres kilkunastu lat dochodziło do kilku prób powstania nowych gmin w naszym powiecie i nie tylko. W dzisiejszym Magazynie opowiem wam o próbach powołania w naszym powiecie i nie tylko nowych gmin.

Początki lat 90-tych

Do najpoważniejszych zmian na terenie Żywiecczyzny doszło początkiem lat 90-tych. W kwietniu 1991 rozpada się potężna 13-tysięczna gmina Gilowice-Ślemień na trzy osobne gminy: Gilowice, Ślemień i Łękawica. Na tej zmianie zyskał także Żywiec, ponieważ do miasta została wtedy włączony Oczków, który stał się nową dzielnicą miasta. Od tamtej pory nie dochodziło do większych zmian na mapie powiatu, lecz w ówczesnym województwie bielskim "działo się". W 1992 roku powstają trzy nowe gminy: Polanka Wielka, Bystra-Sidzina oraz wiejska gmina Jordanów. To były ostatnie powołane gminy w naszej okolicy, lecz bez zmian na mapie się nie odbyło. W 2000 roku Przyborów, który znajdował się wówczas w gminie Koszarawa, przyłączono do Jeleśni. To była ostatnia poważna zmiana na mapie nowopowstałego powiatu Żywieckiego, choć na zmiany się zapowiadało...

Gmina Krzyżowa lub Korbielów

W 2005 roku z inicjatywą powołania nowej gminy wystąpili mieszkańcy Krzyżowej, Korbielowa oraz Krzyżówek, położonych w gminie Jeleśnia. Gdyby gmina powstała liczyłaby około 2900 mieszkańców, co czyni ją gminą większą od Koszarawy. Inicjatorzy powołania nowej gminy zebrali kilkaset podpisów w tej sprawie... i na tym się skończyło.

Gmina Zwardoń

Na wiosnę 2008 roku z inicjatywą powołania nowej gminy wystąpili mieszkańcy Lalik i Zwardonia. Twierdzili, że ich miejscowości są pomijane przez władze Milówki i Rajczy. Jako ciekawostkę mogę dodać, że pierwsze plany powołania nowej gminy powstały siedem lat wcześniej, lecz tylko się na dyskusjach skończyło. Mocnym argumentem za powołaniem nowej gminy był upadający Zwardoń, który według mieszkańców tej miejscowości był pomijamy przez władze z Rajczy. Innymi argumentami za powołaniem gminy to gotowa infrastruktura. Siedziba przyszłej gminy miała znajdować się w budynku po urzędzie celnym w Zwardoniu. Inicjatorzy chcieli także żeby nową gminę współtworzyła Kiczora, co spotkało się z aprobatą wśród mieszkańców tej wsi. Trzywioskowa gmina Zwardoń liczyłaby 2400 mieszkańców, przez co byłały najmniejszą gminą w województwie Śląskim. Inicjatorzy zakładali także plan B, czyli przyłączenie do przyszłej gminy także Soli, co by sprawiło, że Gmina Zwardoń liczyła ponad 3800 mieszkańców i by była większa od gmin: Koszarawa i Ślemień. Ale powracając do Zwardonia: były plany, pomysły oraz chęć zebrania podpisów, lecz tylko na tym się skończyło. A ze Zwardoniem jest już trochę lepiej niż dekadę temu, ale mu jeszcze daleko do przedwojennej potęgi.

Gmina Cięcina

W 2011 roku chęć powołania nowej gminy zadeklarowali mieszkańcy Cięciny, położonej w gminie Węgierska Górka. Wszystko się zaczęło od nowelizacji ustawy o samorządzie gminnym, która ułatwiała powołanie nowych gmin. Wtedy na forach rozpoczęła się dyskusja wśród mieszkańców Cięciny w sprawie oddzielenia się od Węgierskiej Górki. Twierdzili, że są pomijani przez władze Węgierskiej Górki. Dodajmy, że do 1954 roku istniała gmina Cięcina. Potem powstały w miejsca gmin gromady, a po zniesieniu gromad Cięcinę włączono do Węgierskiej Górki. Powracając do dyskusji: ostatecznie skończyło się tylko na internetowych dyskusjach, zwłaszcza, że wiele mieszkańców Cięciny było przeciwko oddzieleniu się od Węgierskiej Górki. 

Jeszcze dodam, że wśród mieszkańców gminy Radziechowy-Wieprz pojawiał się pomysł podziału gminy na Gminę Radziechowy oraz Gminę Wieprz.

Poza Powiatem Żywieckim

Gmina Rybarzowice

W 2004 roku mieszkańcy Rybarzowic chcieli się odłączyć od Buczkowic. Wystosowany został wniosek do rady gminy, lecz ten go odrzuciła. Inicjatorzy rozpoczęli wtedy okupację budynku urzędu gminy oraz głodówkę. Ostatecznie został wystosowany wniosek secesyjny, który w lipcu 2005 roku został odrzucony przez Radę Ministrów

Gmina Maków Podhalański i Gmina Białka

W tym samym czasie narodził się pomysł podziału gminy Maków Podhalański na trzy osobne gminy: Maków Podhalański (miasto), Maków Podhalański (gmina) oraz Białka. Inicjatorzy inspirowali się Jordanowem, gdzie kilkanaście lat temu ta sztuka się udała. Plany zakładały, że  gmina Białka będzie gminą jednowioskową, liczącą około 2600 mieszkańców, a na gminę wiejską Maków Podhalański będzie się składać pięć pozostałych wsi o łącznej liczbie mieszkańców około 7800. Na burzliwej sesji rady miasta w czerwcu 2005 roku, zdecydowano o przeprowadzeniu referendum w dniu 10 lipca. Referendum okazało się wiążące a mieszkańcy zagłosowali za podziałem gminy. Wkrótce został wystosowany wniosek do wojewody, a ten wystosował wniosek do Rady Ministrów, która go odrzuciła. Po tym czasie nie wracano już do pomysłu podziału gminy.

Gmina Czaniec

Wśród mieszkańców Czańca pojawiały się głosy nad odłączeniem się od Porąbki i utworzeniu nowej jednowioskowej gminy, lecz tylko skończyło się na dyskusjach.

Przez ponad 26 lat nie zmieniła się liczba gmin w naszym powiecie. Ale czy liczba 15 gmin utrzyma się długo? Nie wiadomo...

Źródło: Informacje prasowe z ówczesnych gazet

niedziela, 8 października 2017

Pierwsza stacja radiowa na Podbeskidziu - Radio Delta

Obecnie na naszym lokalnym rynku działa kilka stacji radiowych. Dominującą pozycję ma zdecydowanie Radio Bielsko, ale oprócz tego nadają m.in. Radio Anioł Beskidów czy Radio Eska Beskidy. Ale cofnijmy się do początków lat 90-tych kiedy to w kwietniu 1990 roku w budynku na ulicy Buczka (obecnie Dmowskiego) ruszyło Radio Delta.

Radio Delta było pierwszą prywatną rozgłośnią w województwie bielskim i jedną z pierwszych prywatnych rozgłośni w Polsce. Przypomnijmy że Radio RMF FM wystartowało cztery miesiące wcześniej, a radio ZET jeszcze nie nadawało. Stacja została założona przez Fryderyka Olearczyka, z zamiłowania krótkofalowca, który starania o utworzenia stacji radiowej rozpoczął już w 1989 roku.  Znalazł też siedzibę przyszłego radia w akademiku na ulicy Buczka 17. Po skompletowaniu ekipy, stacja wystartowała 13 kwietnia 1991 roku. Dzięki nastawieniu się głównie na muzykę, a także temu, że po prostu była lokalna, Radio Delta w krótkim czasie zyskało ogromną popularność. Początkowo stacja radiowa nadawała dwie godziny dziennie, lecz stopniowo wydłużała czas nadawania żeby po miesiącu osiągnąć czas 18 godzin dziennie, a we wrześniu stać się stacją całodobową, retransmitując w godzinach nocnych sygnał radia VOA. W czerwcu br. radio zmienia siedzibę z Buczka na Browarną 2. Wtedy zaczęły się kłopoty radia. Nowa ustawa o radiofonii spowodowała, że Delta zaczęła nadawać nielegalnie. Groziło jej zamknięcie, lecz dzięki działaniom wielu posłów, mieszkańców oraz samorządowców do tego nie doszło, a we wrześniu 1994 roku radio dostało koncesję na nadawanie, dzięki czemu skończyła się trzyletnia batalia o uratowanie radia. Jednocześnie przybyła im konkurencja. Kilka dni wcześniej z lotniska w Aleksandrowicach rozpoczęło nadawanie Radio Bielsko. Ale mimo tej konkurencji Radio Delta wówczas nie traciło na popularności. Zwiększał się także zasięg nadawania. Początkiem 2001 Radio Delta nadawało już ze Szyndzielni. Ale niestety, nie ominęły jej kłopoty finansowe.

W 2001 roku Olearczyk postanawia sprzedać rozgłośnię radiową. Nowymi właścicielami stacji zostały spółki: "HITT Bielsko" oraz "HITT" z Katowic. Wkrótce Radio Delta zostaje przejęte przez Radio Flash. Zmiana właściciela stacji pociągnęła zmiany w radiu. Od stycznia 2002 roku zrezygnowano z nadawania serwisów informacyjnych, lecz pół roku później powróciły one na antenę. Z czasem zmienił się charakter radia. Charakterystyczna litera "d" w logo została zastąpiona przez biały "trójkąt", a stacja zaczęła nadawać ostrzejszą muzykę. Gdy to się nie sprawdziło, stacja  emitowała muzykę pop i dance, ale mimo tego dalej ponosiła straty. Ostatecznie Radio Delta zakończyło nadawanie 25 września 2004 roku. Na falach "delty" zaczęła nadawać "Planeta FM"

Dzisiaj mało kto już pamięta o "Delcie", pierwszej stacji radiowej na Podbeskidziu. Także dyrektor Olearczyk obecnie nie ma ochoty na ponowne założenie stacji radiowej...


źródło: www.radiopolska.pl

piątek, 15 września 2017

Początek lat dwutysięcznych w Beskidach

Nie tylko w latach dziewięćdziesiątych się sporo działo w naszym regionie. Również ciekawe były początki lat dwutysięcznych. W dzisiejszym Magazynie przypomnimy sobie kilka najważniejszych wydarzeń z początku lat dwutysięcznych a także przedstawimy wam obraz tego, jak żyli ówcześni mieszkańcy naszego regionu...

Lata dziewięćdziesiąte już minęły bezpowrotnie, podobnie jak województwo Bielskie, które zostało nieco wcześniej zlikwidowane. Ale tęsknota za ówczesnym województwem była wtedy o wiele silniejsza, niż dzisiaj. Pojawiały się także głosy w sprawie przyłączenia powiatu Bielskiego i Żywieckiego do województwa Małopolskiego. Podobnie jest dzisiaj, ale raczej motywacją do rozwodu z województwem Śląskim jest na dzień dzisiejszy utworzenie Metropolii Śląskiej, która wśród niektórych mieszkańców Częstochowy i Bielska-Białej wywołuje co najmniej niepokój. 

Ale to nie jedyna rzecz, która trapiła ówczesnych mieszkańców, ponieważ oni musieli się zmagać z wieloma innymi problemami. Było to m.in. wysokie bezrobocie, która wówczas panowało w kraju. Na szczęście w naszym regionie było one mniejsze niż w kraju. Na przykład w roku 2000 średnia krajowa wynosiła 15,1%, dla miasta Bielska-Białej 8,6% a dla powiatu Bielskiego 11,6%. Czyli najgorzej nie było, ale było nie najlepiej. Dla porównania w grudniu 2016 roku stopa bezrobocia w kraju wynosiła 8,3%, w Bielsku-Białej 3,1%, a w powiecie Bielskim 5,4%. 

Innym problemem była wysoka przestępczość. Według relacji ówczesnych gazet co jakiś czas dochodziło do napadów i kradzieży w biały dzień, nawet na ulicy... 11 listopada, która wówczas była bardzo prestiżowa. Ale na szczęście zamontowane na mieście pierwsze kamery, oraz zwiększone patrole straży miejskiej i policji zminimalizowały ten problem.

Okres lat dwutysięcznych to okres wielkich inwestycji. Oprócz rewitalizacji Bielskiego starego miasta, o której wspomnę później dochodzą takie inwestycje jak: Przebudowanie ronda na Hulance (2003-2004), Budowa drogi S1 - Bielsko - Cieszyn (2002-2007), czy Budowa kolejki na górę Żar (2003).

Lata dwutysięczne zmieniają także obraz handlu w Bielsku-Białej. W listopadzie 2001 zostaje otwarta Galeria Sarni Stok, a miesiąc później rusza Galeria Sfera. Powstaje także wiele innych super i hipermarketów, przez co coraz częściej można było spotkać opuszczone lokale w centrum miasta. Podobnie sytuacja wyglądała w Żywcu. Na miejscu starego tartaku budowany jest hipermarket Tesco, który wywołuje protesty miejscowych kupców i handlarzy.

Bielsko-Biała dzisiaj należy do jednych z najpiękniejszych miast nie tylko naszego regionu. Ale jeszcze kilkanaście lat temu było całkiem inaczej. Obraz miasta z początku lat dwutysięcznych reprezentowały przede wszystkim szare i zniszczone kamienice. Nieremontowane budynki były w opłakanym stanie. Nadal na rynku straszyła dziura po zawalonej w 1998 roku kamienicy. Sam rynek Bielski nie reprezentował się najlepiej. Nadal były to płyty betonowe z drzewami i trawą. Niezbyt pięknie się reprezentował także jeszcze stary z początku plac Chrobrego wraz z Zamkiem Sułkowskich. Dworzec kolejowy w Bielsku-Białej nadal był w remoncie, który był na dodatek opóźniony, ale na szczęście we wrześniu 2001 roku oddano do użytku. W 2003 roku rusza program rewitalizacji zniszczonej starówki, który całkowicie zmienia oblicze starego miasta. W latach 2002 - 2003 zostaje przebudowany plac Chrobrego, rusza także remont zaniedbanych kamienic. Rynek na przebudowę jeszcze musiał trochę poczekać. W planach jest także remont elewacji Zamku Książąt Sułkowskich.


Fot: Zamek Sułkowskich w 2004 roku, wykorzystano z serwisu www.zamki.pl

piątek, 1 września 2017

Kolejka na górę Żar - pomysł, budowa i jej problemy.

Obecnie na górę Żar, w Beskidzie Małym można się dostać na kilka sposobów, lecz najpopularniejszy środek transportu, to kolej linowo-terenowa, która została wybudowana kilkanaście lat temu. Jak przebiegała budowa, jaki wpływ na wybudowanie kolejki mieli miłośnicy szybownictwa oraz jakie skutki niosła ze sobą kolejka, odpowiedź znajdziecie poniżej.

Żeby opowiedzieć historię kolejki na górę Żar, trzeba cofnąć się do okresu powojennego, kiedy to szybownicy w 1948 roku wybudowali tory do wyciągania szybowców na szczyt góry. Tory były wykorzystywane przez niecałe 30 lat, kiedy to związku z budową zbiornika na szczycie góry, szybownicy musieli się przenieść na dół. Od tego czasu nieużywane torowisko zarastało. Pod koniec 90-tych pojawia się pomysł wykorzystania nieużywanych torów, pod kolejkę, podobną do tej z Gubałówki. Zwłaszcza, że nadarzyła się ku temu okazja. W 2001 roku zostaje zmodernizowana kolejka na Gubałówkę. Dzięki zaangażowaniu Górskiej Szkoły Szybowcowej "Żar", wagoniki z modernizowanej kolejki na Gubałówkę trafiają do Międzybrodzia Żywieckiego. 16 Sierpnia 2003 roku rusza budowa kolejki. Została ukończona w grudniu, jeszcze tego samego roku, lecz pierwsi pasażerowie mogli wjechać na górę dopiero 14 lutego 2004 roku. 

Od tej daty zaczyna się nowy rozdział w historii tej góry. Ale nie bez problemów. Od uroczystego otwarcia, do przejazdu pierwszych pasażerów minęło ponad półtorej miesięcy i to dlatego, że trzeba było poprawiać torowisko. Kolejka stawała jeszcze z powodu powyginanych szyn oraz braku prądu. Jako ciekawostkę mogę dodać, że na czas postoju kolejki nie ściągano znaku STOP, przez co na górę Żar można było się dostać tylko o własnych nogach. Na szczęście dzisiaj, na czas postoju kolejki ściągany jest znak STOP, dzięki czemu można wjechać samochodem na górę Żar tak, jak za dawnych lat.

Kolejka poczyniła ogromna zmiany na szczycie góry. Pojawiły się budki z pamiątkami, bar, tor saneczkowy a nawet pizzeria. Zmienił się także profil odwiedzających górę Żar. Pojawiło się więcej kolarzy, a także paralotniarzy a z góry zniknęli lotniarze, którzy jeszcze kilkanaście lat temu "panowali" na tej górze.

Na koniec dodajmy, że z początku kolejka zbierała sporo krytyki i wywołała kontrowersje, zwłaszcza za zamkniętą drogę, lecz wkrótce wszyscy przyzwyczaili się do jej obecności.

czwartek, 27 lipca 2017

Kataklizm sprzed 20 lat - powrót do normalności


Tak jak obiecałem, powracamy do tematu powodzi tysiąclecia, lecz dzisiaj powiemy sobie bardziej szczegółowo o skutkach tej powodzi oraz o powrocie do normalności, która trwała bardzo długo..

Alarm powodziowy Wojewoda Bielski odwołał 11 lipca. Niestety, woda zostawiła po sobie tragiczny krajobraz. Zerwane i uszkodzone mosty, drogi, zalane a nawet porwane przez wodę domy to tragiczny bilans tej powodzi. 

Na terenie ówczesnego Województwa Bielskiego zginęło osiem osób. Byli to m.in.

- Mężczyzna, któremu w Brennej osunęła się ziemia, po czym wpadł do Brennicy 

- Mężczyzna któremu również osunęła się ziemia i wpadł do Koszarawy w Świnnej

- Mężczyzna, który wpadł do Soły

- Mężczyzna który utopił się w potoku Wielkiej Puszczy w Porąbce

- Mężczyzna z Ustronia, którego porwała Wisła

- Mężczyzna z Gilowic, którego porwała Łękawka

Ofiary śmiertelne to nie jedyny skutek wielkiej wody. Ogromne zniszczenia w postaci zerwanych bądź uszkodzonych mostów i dróg to chyba najbardziej zauważalny skutek tej powodzi. W poprzednim artykule wspominałem o odbudowie mostu w Milówce. Teraz wspomnę o moście w Żywcu, po którym pociągi po raz pierwszy przejechały dopiero początkiem 1998 roku, lecz ze względu na stan obiektu most został ponownie wyremontowany zimą przełomu 1998/1999 roku. Dodam jeszcze, że podczas zarówno odbudowy jak i remontu mostu na odcinku Żywiec Sporysz - Żywiec obowiązywała zastępcza komunikacja autobusowa.

Mosty mostami ale oprócz tego wówczas wystąpiło poważne zagrożenie epidemiologiczne, zwłaszcza duru brzusznego. Wówczas przeprowadzono akcje szczepienia mieszkańców wcześniej zalanych terenów, a szpitale przygotowały się na ewentualny wybuch epidemii, lecz na szczęście skończyło się tylko na strachu. 

Niestety, z powodu powodzi tegoroczny sezon turystyczny można było uznać za stracony, ponieważ zniszczenia, a także obrazki z mediów odstraszyły na długo turystów z tych terenów. Właściciele ośrodków, pensjonatów i innych obiektów turystycznych liczyli ogromne straty, a jezioro Żywieckie i Międzybrodzkie świeciło pustkami m. in. z powodu dużej ilości śmieci i syfu.

Na końcu dodam, że innym skutkiem powodzi tysiąclecia były także ostre dyskusje, spory i debaty pomiędzy mieszkańcami, władzą samorządową a władzą centralną, a także szukanie winnych tego kataklizmu...

Ale przede wszystkim wszyscy poszukiwali odpowiedzi na pytanie: Dlaczego nie wyciągnięto lekcji z poprzedniej powodzi, sprzed roku?


niedziela, 9 lipca 2017

Kataklizm sprzed 20 lat - powódż 1997 w Beskidach

Powódź tysiąclecia. Ten termin raczej kojarzy się z obrazkami z zalanego Wrocławia, Opola czy Raciborza, gdzie wylała Odra. Właśnie mija dwadzieścia lat od tego tragicznego wydarzenia. Ale powódź nie tylko zaatakowała w dorzeczu Odry...


Dzisiaj przypomnimy sobie te tragiczne wydarzenia sprzed dwóch dekad, ale w naszym regionie, gdzie woda dokonała również wielkich zniszczeń...

Lato 1997 roku zaczęło się deszczowo. W ciągu kilku dni spadło 200 litrów wody na metr kwadratowy, przy miesięcznej normie 90 litrów. Stan rzek zaczął się niebezpiecznie podnosić. Już 6 lipca Wojewoda Bielski ogłosił pogotowie powodziowe. Dzień później pierwsze rzeki wystąpiły z koryt, zalewając okoliczne domy. We wtorek 8 lipca w wielu miejscach zamilkły telefony oraz zgasły światła. Wtedy woda pokazała swoją siłę. Mosty kolejowe w Żywcu i Milówce zostały podmyte. Woda przerwała wał powodziowy w Kętach, zalewając osiedle Nad Sołą, z którego ewakuowano trzy tysiące osób. Ogólnie w całym regionie z domów musiało uciekać prawie pięć tysięcy osób. Oprócz tych mostów uszkodzonych zostało także wiele mostów drogowych, zwłaszcza w dorzeczu Soły i Koszarawy. Z powodu wody wiele miejscowości zostało odciętych od świata. Najdłużej, bo przez pięć dni nie można było dojechać do Ujsoł. W Rajczy Soła zmieniła bieg, zabierając dwa domy oraz dwustumetrowy fragment drogi powiatowej, który odciął dwie gminy od świata. W środę woda zaczęła powoli opadać, wtedy strażacy mogli dopiero dojechać do wielu zalanych miejscowości i przysiółków. Alarm powodziowy odwołano w piątek 11 lipca. Druga fala powodziowa już na szczęście nie była groźna, choć woda w kilku miejscach przekroczyła stany alarmowe. 

Do walki z żywiołem zaangażowano wielu strażaków i żołnierzy. Na pomoc powodzianom ruszyło wiele organizacji i stowarzyszeń, które zbierały dary, jedzenie oraz pieniądze dla powodzian. Co ciekawe pomoc nadciągała nie tylko z kraju, ale także z zagranicy.

Podczas tej powodzi w naszym regionie życie straciło osiem osób, którzy utopili się w rwących rzekach. Most kolejowy w Żywcu został wyremontowany dopiero pół roku później. Milówka czekała na nowy most kolejowy aż do 2004 roku. Do tego czasu ruch odbywał się po zastępczym moście, wybudowanym przez... Słowaków, którym zależało na utrzymaniu ruchu towarowego z polską. Woda zalała 18 500 ha powierzchni, w ówczesnym Województwie Bielskim. Zniszczonych bądź uszkodzonych było setki kilometrów dróg, oraz mostów. W wielu miejscowościach zniszczeniu uległa sieć energetyczna, telefoniczna, kanalizacyjna, wodociągowa oraz gazowa. Straty ponieśli także rolnicy, zwłaszcza ci, którzy mieli swoje plony w okolicach rzek.

Skutki powodzi w naszym regionie usuwano przez długie miesiące, a nawet lata, ale o tym napiszę bardziej szczegółowo już wkrótce

Wykorzystano:

Zdjęcie: Uszkodzony most kolejowy w Milówce, autorstwa Marka Moczulskiego - "Nowe Sygnały" z 3 sierpnia 1997 roku

Informacje w ówczesnej prasie

piątek, 2 czerwca 2017

Babia góra, górą konfliktu

Babia góra, Diablak czy też Królowa Beskidów. Jest wiele określeń na ten najwyższy poza tatrzański szczyt w Polsce. Może ciężko w to uwierzyć, ale sto lat temu szczyt był miejscem walki pomiędzy Niemieckimi a Polskimi turystami. O co tak naprawdę chodziło i co to jest tzw. wojna na pędzle, dowiecie się już wkrótce.

Od wielu lat Babia Góra była celem turystów. Interesowali się nią zarówno Polacy, jak i Słowacy, Węgrzy czy też Niemcy. I to właśnie z tymi ostatnimi początkiem ubiegłego stulecia wybuchł konflikt.

Przełom XIX i XX wieku to intensywny czas rozwoju turystyki. Malowano szlaki, budowano schroniska oraz inne obiekty zagospodarowania turystycznego. Pierwszy szlak na Babią Górą (Od Słowackiej strony) został wytyczony w 1894 roku, przez niemieckie towarzystwo Beskidenverein. Rok później wytyczono szlak od polskiej strony. Dziesięć lat później 11 czerwca 1905 roku towarzystwo otwiera pierwsze schronisko na Babiej Górze, które stało niewiele poniżej wierzchołka szczytu. Co ciekawe obsługa schroniska była niemieckojęzyczna, co nie spodobało się to miejscowym Polakom. W 1906 roku zostaje wybudowane polskie schronisko na Markowych Szczawinach. W tym samym roku zostaje wytyczony pierwszy polski szlak turystyczny. Od tego momentu rozgorzał spór pomiędzy Niemcami a Polakami, którzy nie chcieli germanizacji gór. Działacze związani z Beskidenverein zaczęli niszczyć polskojęzyczne oznakowania.

W połowie lat dwudziestych XX wieku do konfliktu dołącza Władysław Midowicz, który niszczy wszystkie niemieckojęzyczne tabliczki. Na odwet ze strony Niemców, nie trzeba było długo czekać. Wkrótce oni zamalowali fragment Głównego Szlaku Beskidzkiego. Wakacje 1927 roku to okres zamalowywania znaków niemieckich przez Stanisława i Józefa Mertę. Rok później ponownie zostaje zamalowany fragment Głównego Szlaku Beskidzkiego, tym razem na kolor żółty. Przy okazji zostaje wytyczony nowy szlak do schroniska niemieckiego, który wkrótce zostaje skasowany przez Józefa Mertę.

Początek lat 30-tych XX wieku to okres wygaszania konfliktu. W 1932  roku gospodarzem schroniska na Markowych Szczawinach zostaje Władysław Midowicz, który aktywnie działa w zakresie polonizacji Babiej Góry. Rok później zostają przejęte wszystkie niemieckie szlaki, a po procesach sądowych w 1936 roku, w ręce polskie trafia schronisko Beskidenverein. Sam obiekt nie funkcjonował długo. Schronisko zostało zamknięte w 1943 roku, a sześć lat później płonie, w tajemniczych okolicznościach.

Na koniec, jako ciekawostkę dodam, że Niemieccy działacze malowali znaki, na zasadzie trzech poziomych pasków, dwóch zewnętrznych o kolorze białym i środkowych, który był kolorowy. Te właśnie oznaczenie dzisiaj stosuje się w polskich górach i nie tylko.

piątek, 19 maja 2017

Drezyny szansą dla nieczynnych linii kolejowych


Dzisiejszy artykuł "Magazynu" będzie w nieco innej formie, niż dotychczas...

Zapewne zauważyliście, że już kilkukrotnie w swoich produkcjach pokazywałem nieczynne, zarośnięte, a przede wszystkim zapomniane linie kolejowe, na których już dawno nie widywano pociągu. Tak też będzie w kolejnym odcinku "Dobrego Reportażu" który mam nadzieję, będzie niedługo. Ale dzisiaj popatrzymy na te nieczynne linie kolejowe trochę z innej perspektywy, niż dotychczas. Na wielu z nich zapewne nie prędko pokaże się pociąg i tu nie chodzi mi o to, że patrzę na tą sprawę jako pesymista. Ale jeśli na tych nieczynnych liniach nie pokaże się prawdziwy pociąg, to może pokazać się drezyna. Dzisiaj przedstawię kilka miejsc w Polsce, gdzie można pojeździć sobie drezynami po liniach, na których nie kursują już pociągi.

Regulice - Miejscowość położona w powiecie Chrzanowskim, całkiem niedaleko nas. Tutaj, od kilkunastu lat działa Stowarzyszenie Przyjaciół Regulic i Nieporazu. Jedną z wielu inicjatyw stowarzyszenia było odchwaszczenie torów na odcinku Regulice - Alwernia i uruchomienie turystycznych przejazdów drezynami rowerowymi.  Stowarzyszenie naprawiło także ubytki torowe na nieczynnej od 2002 roku trasie, dzięki czemu uzyskano przejezdność na kilkukilometrowym odcinku. Drezyny cieszą się coraz to większą popularnością. Więcej na www.drezynyregulice.pl

Uherce Mineralne - Półtora tysięczna miejscowość, położona w powiecie leskim, na Podkarpaciu. Tutaj działają Bieszczadzkie Drezyny Rowerowe, czyli turystyczne przejazdy czteroosobowymi drezynami rowerowymi na czterdziestokilometrowym odcinku nieczynnej linii 108. Oprócz głównej bazy, znajdującej się w Uhercach, istnieje jeszcze jedna baza w Ustrzykach Dolnych. Bieszczadzkie Drezyny Rowerowe stają się powoli jedną z największych atrakcji turystycznych regionu. Więcej na www.drezynyrowerowe.pl

Białowieża - Od kilku lat jedną z atrakcji Białowieskiego Parku Narodowego są przejazdy drezynami na nieczynnej linii kolejowej do Białowieży. Kursy odbywają się dwoma typami drezyn ręcznych: pięcioosobowej oraz dwunastoosobowej, które kursują przez serce Puszczy Białowieskiej. Baza znajduję się na stacji Białowieża Towarowa. Więcej na www.drezyny.net

Łapino - Miejscowość niedaleko Kolbud na Pomorzu. Od końca lat 90-tych w okolicach tej miejscowości odbywały się amatorskie przejazdy drezyną ręczną. Dzisiaj przejazdy drezynami turystycznymi odbywają się na szesnastokilometrowej trasie: Łapino Papiernia - Kolbudy Jaz Wodny - Łapino Papiernia - Niestępowo - Łapino Papiernia. Przejazdy odbywają się drezynami ręcznymi oraz rowerowymi. Więcej na www.drezyny.pl

Bieżyń - Miejscowość położona w Wielkopolsce. Jest ona bazą dla Krzywińskiej Kolei Drezynowej. Przejazdy odbywają się na trasach: Bieżyń - Gostyń, oraz Bieżyń - Racot, czyli do dyspozycji jest 35-kilometrowy odcinek nieczynnej linii kolejowej. Przejazd odbywa się drezynami ręcznymi oraz motorowymi. Więcej na www.krzywinskie.drezyny.com

Ujazd Wielkopolski - Stacja kolejowa, położona w Lulinie (nie pomyliłem się z nazwą), niedaleko Grodziska Wielkopolskiego stała się bazą dla Grodziskiej Kolei Drezynowej, która działa tutaj od 2004 roku. Przejazdy drezynami ręcznymi odbywają się na odcinku linii nr 376 z Kościana do Grodziska Wielkopolskiego. Dodatkowo atrakcją są przejazdy maluchami, przerobionymi na drezyny. Więcej na www.drezyny.org.pl

Jugowice - Okolice tej Dolnośląskiej miejscowości stały się miejscem corocznych zawodów drezynowych, organizowanych latem przez Sowiogórskie Bractwo Kolejowe. W ramach tej imprezy odbywają się darmowe przejazdy drezyną po okolicy. Poza zawodami Bractwo organizuje okolicznościowe przejazdy drezynami po linii 285, na której ostatni pociąg pasażerski (specjalny) pokazał się w 1997 roku. Na dzień dzisiejszy linia nr 285 jest w planach do rewitalizacji i przywrócenie ruchu pociągów, zatem nie wiadomo, jaką przyszłość czekają zawody. Więcej na www.drezyny.org

Oprócz stałych przejazdów drezyn, organizowanych przez różne stowarzyszenie można zauważyć także przejazdy jednorazowe.

Tak też się stało w lutym 2017 roku, kiedy to dzięki zaangażowaniu strażaków odchwaszczono tory pomiędzy Baborowem a Głubczycami, na Opolszczyźnie. Dzięki temu można było przejechać się drezyną motorową. Bardziej bliższą naszym okolicom akcję zorganizowano na odcinku Wadowice - Spytkowice w grudniu 2013 roku. Wtedy grupa zapaleńców dokonała przejazdu półkilometrowym odcinkiem w okolicy Radoczy. Niestety, od tego wydarzenia minęły niecałe cztery lata i linia zdążyła zarosnąć krzewami a nawet niedużymi drzewami, przez co stała się nieprzejezdna. Dodatkowo fakt utrudnia rozkradziony odcinek toru za mostem w Radoczy oraz kilkusetmetrowy ubytek toru pomiędzy Woźnikami a Grodziskiem. Ale mimo tego ta linia jak najbardziej nadaję się do drezynowania. Tylko trzeba kilku osób, zapału oraz chęci. Czyli tak niewiele...

Do drezynowania, oprócz linii Wadowice - Spytkowice nadaje się także nieczynna linia 190 na odcinkach: Bielsko - Skoczów oraz Goleszów - Cieszyn (Odcinek Skoczów - Goleszów jest używany w ruchu pasażerskim), lecz osobiście odradzałbym puszczania tam drezyn, ponieważ jeszcze na linii można spotkać drezyny techniczne.